Chciałbym podzielić się małą refleksją na temat stresu inwestorów.
Codziennie czytam wiele postów i regularnie obserwuję osoby, które stresują się, gdy ceny spadają.
Wiedziałem, że ktoś pytał o opinię społeczności, bo stracił 12 euro na portfelu za 650 euro. Czy powinniśmy odsprzedawać i ograniczać straty? czekać, aż wróci?
W niektórych przypadkach interesujące jest porównanie z innymi codziennymi sytuacjami, aby spojrzeć na wszystko z odpowiedniej perspektywy i ewentualnie zaradzić bezpośredniemu stresowi.
Tej osobie pytam, czy używa tytoniu. mówi mi, że pali 2 paczki dziennie po 7 euro za sztukę.
Pokazuję mu, że traci 14 euro dziennie lub 420 euro miesięcznie na swojej sile nabywczej. Jednak mu to nie przeszkadza.
Pytam go też, czy optymalizuje swoje wydatki, sprawdzając np., czy jego plan telefoniczny nie jest tańszy u innego operatora, czy dostawca energii nie pobiera od niego zbyt wysokich opłat np. za prąd itp.
Oraz czy jest odpowiedzialnym konsumentem wody, czy kąpie się zamiast brać prysznic, czy ciągle zostawia włączony telewizor itp.
W końcu codziennie traci mnóstwo pieniędzy, bez stresu, bo nie zdaje sobie z tego sprawy.
Po tej refleksji 16 euro „utraconych” w wyniku ruchu na rynku nie reprezentuje niczego, jeśli porównamy je z setkami zmarnowanych euro.
Co to jest 12 euro? bilet do kina, menu w restauracji typu fast food....to nic dla inwestujących.
Więc po co się w końcu stresować?
Inwestuj więc długoterminowo, wykorzystuj spadki, aby się wzmocnić i pozwolić, aby czas płynął swoim biegiem. Poczujesz się znacznie lepiej.
A swoją drogą małe wyjaśnienie, palaczem byłem ja 😁